No nie oszukujmy się - małżeństwo w kwestii emocjonalnej niczego nie zmienia. Nadal jesteś z tym samym człowiekiem, nadal go kochasz i nienawidzisz jednocześnie, on nie zmieni się nagle w obsypującego cię prezentami romantyka, a ona nie będzie zaspokajać twoich potrzeb seksualnych, kiedy tylko masz na to ochotę. Będzie jak było.
Obrączka to tylko symbol, a wspólne nazwisko to żaden przymus. Nie ubędzie problemów, kłótni, on raz na jakiś czas będzie debilem, a ona idiotką. Zresztą, małżeństwo nigdy nie było lekiem na całe zło, ale dopiero od niedawna ludzie zaczynają to dostrzegać i nie pchają się masowo do podpisywania cyrografów.
Przestają wchodzić w małżeństwo, bo to za wiele. Za wiele zaczyna ich formalnie wiązać. Nazwisko, majątek, kredyty. To wcale nie musi tak boleć, bo przecież nie musimy nazywać się tak samo, a pieniądze, domy, samochody też można rozdzielić, podpisać papier co jest czyje i mamy spokój. Przy ewentualnym rozwodzie. To się teraz naprawdę liczy, bo po co brać ślub, skoro za chwilę trzeba będzie wołać adwokata. Ludzie liczą swój czas i pieniądze, więc po co to trwonić, skoro możemy żyć długo i szczęśliwie bez ślubnych kajdanek? A jak się zacznie robić ciasno, to dajemy sobie nawzajem luz, pakujemy bagaż i jazda w teren. Odpoczywamy i nabieramy sił, aby wrócić. Lub poszukać nowych wyzwań.
Czy będąc w wolnym związku zdrada zaboli cię mniej? Nic z tego. To zawsze boli tak samo i jakaś przysięga lub jej brak nie zmienią tego, co czujesz. Możesz sobie milion razy tłumaczyć i wmawiać, że
Nic tych rzeczy, ślub niczego nie zmienia. Ważne jest nie to, co powiesz urzędnikowi albo księdzu (i tak nie masz za bardzo wyboru, skoro tu jesteś), ale to, co mówisz i robisz każdego następnego dnia. Emocjonalnie nic się między nami nie zmienia, żyjemy dalej i to, co się dzieje potem zależy już tylko do nas. A nie od tego, że kiedyś dawno temu, za siedmioma lasami, powiedzieliśmy sobie "tak".
No więc po co nam te śluby? Bo kasa, prezenty, roboty kuchenne, mikrofale? Raczej nie, szkoda nam czasu. Pieniądze się rozejdą, a do nowej pralki i tak trzeba będzie za chwilę wołać serwis. Podróż poślubna? Ha ha, to już dawno zostało odarte z wszelkiej maści romantyzmu i żadna młoda para nie leci na riwierę spędzać ze sobą nocy. Najlepsze momenty mają już za sobą i milion okazji przed sobą.
Ja stawiam na rosnący kilka miesięcy kobiecy brzuszek i rosnącą w trochę mniejszym tempie męską odpowiedzialność. Jeśli taka w ogóle się pojawia, bo inaczej facet szybko korzysta z możliwości, jaką daje wolny związek - ucieka, nie wraca i nie płaci (to wariant pesymistyczny, bardzo popularny). Tak, tak, kobiet z brzuchem przyrzekających dozgonną miłość przed panią z urzędu (bo do ołtarza nie wolno w takim stanie), jest więcej niż grzybów tej jesieni i o czymś to świadczy. Mniej dyskusji z personelem w szpitalach, rejestracjach i innych dziwnych miejscach, gdzie koniecznie musimy wszystkim udowadniać, że dziecko nie jest kradzione. Kredyt też łatwiej wziąć pokazując obrączkę na palcu. Nie ma się czemu dziwić, że wolimy bezproblemowo wejść w dorosłe życie, niż tłumaczyć każdemu na około, że facet naprawdę jest ojcem, a nie tylko partnerem baby z dzieckiem.
Małżeństwo to dobra rzecz. Ale wolne związki też mają swoje mocne strony i nie każdemu "wiązanie na całe życie" jest na rękę, nie każdy do tego dąży. Zatem dziewczyno, zostaw tę nóżkę w spokoju i nie tup nią tak nerwowo, kiedy ukochany kolejny dzień nie klęka przed tobą i nie wsuwa pierścionka na palec. Chłopaku, nie licz na to, że każda niewiasta marzy tylko o tym, aby pójść z tobą przed oblicze pana (urzędnika) i publicznie wyznać, że będzie cię karmić i podmywać, jak będziesz stary. Szanujmy więc wybór albo raczej brak zdecydowania partnera, bo dylemat jest poważny i trzeba poświęcić parę (paręset?) wieczorów na przemyślenia. I najgorsze, co możemy zrobić to dać ultimatum. Albo dać do zrozumienia, że jak nie będzie po mojemu, to z nami koniec. Dajmy sobie luz, najlepsze jest zawsze przed nami, więc nie ma co przyspieszać tego, co i tak nieuniknione. A co to będzie? Coś, co uszczęśliwi obie strony - małżeństwo, wolny związek albo... rozstanie.
Ja wybrałem to pierwsze i nie narzekam :) A jak się mają Wasze wybory?
+szum.jpg)
A ja myślę że niektóre rzeczy należy nazywać i podpisywać i nadawać im jakąś rangę w ten sposób. Małżeństwo to nie tylko przyjaźń, która może się nagle urwać, bo ktoś się na kogoś obrazi, nie tylko gorąca noc i cudowny weekend, wakacje na Krecie i pierścionek na palcu. To coś więcej, ale czasy w jakich żyjemy sprawiają, że branie ślubu staje się tak samo „ważne” i „nieważne” jak kupno butów na zimę. Bo mają być super ze skóry i ciepłe i odporne na wilgoć, ale zawsze jest ryzyko że się okażą bublem a wtedy jebs do kosza. Trzeba kupić nowe. I dobrze, to tylko materialna rzecz. Ale związek to inna sprawa, jak ludzie zaczynają się kłócić (a nadchodzi taki czas w większości małżeństw..chyba) to najłatwiej się rozwieźć i poszukać kogoś innego, kto będzie inny i mnie zrozumie… Pssyt
OdpowiedzUsuńGuzik prawda. Ludziom się nie chce walczyć o związek, o miłość, lepiej się pokłócić, obrócić na pięcie i pójść w siną dal. Nieważne, że zaczęło się od wielkiej miłości, że wszyscy zazdrościli, że było tak pięknie i tak wszystko samo się układało. Życie jest trudne, z czasem coraz trudniejsze (mam nadzieje, że istnieje granica za którą robi się już łatwiejsze) ale trzeba iść dalej. Ciężko jest nam przepraszać, wyciągać rękę na zgodę i zapominać co było..oj ciężko… a bez tego żaden związek się uda. Czy sformalizowany oficjalnie, czy przy blasku gwiazd i szumie oceanu… Wolnoć Tomku w swoim domku. Ot co.
Nie chce nam się starać bo to pochłania zbyt dużo energii, a dzisiaj często nie ma na to ani sił, ani czasu. Oprócz walki o związek mamy jeszcze kupę innych ważnych spraw do zrobienia. I mimo, że to związek powinien być najważniejszy, to tak jak mówisz ludzie wolą iść na łatwiznę i olać sprawę. Nie ta, to inna. Strasznie to się stało uprzedmiotowione, ale chyba czasy są takie, że nie można sobie pozwolić żyć tylko miłością.
Usuńjak w wierszu..."Ono nie musi być piękne tylko zdrowe...resztę zrobimy miłością..tak szepczesz w miejscu moim najczulszym" Tylko z miłością przeżyjesz piekło życia.Ona jest podstawą zrozumienia całego sensu bez niej można przeżyć ale nie można w pełni żyć.Z małżeństwem czy bez tylko z miłością.
OdpowiedzUsuńmądry tekst przemyślany i odwazny życzę ci jak najlepiej.
OdpowiedzUsuńDziękuję Wam bardzo, dobrze na koniec dnia przeczytać parę komplementów. Tak na lepszy sen i pogodniejsze jutro.
UsuńBo ludzie teraz idą na łatwiznę - popsuło się -> wyrzucić. Prawie nikt już nie próbuje niczego naprawiać, a czasem warto. Szybkie życie, szybkie związki (o czym piszę na swoim blogu) i szybkie rozstania... i tak w kółko, bo to niczego nikogo nie uczy. Nie mamy w sobie pokory, nie widzimy własnych błędów, winni są zawsze nasi niedobrzy partnerzy... łatwiej jest uciec... wyjście bez wyjścia...
OdpowiedzUsuńMałżeństwa nie bierze się po coś... nie dla korzyści jakichś... nie o to w tym chodzi... ale to wiedzą tylko naprawdę zakochane pary...
Tylko problem się pojawia, kiedy zakochane pary przestają być zakochane po kilku latach małżeństwa. Wtedy nagle oboje się budzą, że po co im to było. I się zaczyna dramat. Zakochania są fajne, ale jeśli jest to jedyny powód dla którego bierze się ślub, to jest pewne, że skończy się rozwodem i tekstami w stylu "jak mogłam/mogłem być tak głupi?"
Usuń